Jak sytuacja rodzinna wpływa na doświadczenia szkolne


Dzieci wychowują się w rodzinach, których skład i struktura może być zróżnicowana. W najtrudniejszej sytuacji są te, które żyją w rodzinach niepełnych. Ich zadowolenie z życia jest wyraźnie niższe, niż tych dzieci, które mieszkają razem z obojgiem rodziców. Na podstawie badania uczniów w wieku 10 i 12 lat przeprowadzonego między innymi przez naukowców z poznańskiego Uniwersytetu Ekonomicznego można ustalić czy sytuacja rodzinna ma wpływ na postrzeganie przez dzieci ich szkoły, nauczycieli czy też relacji z rówieśnikami.

Dzieci z rodzin niepełnych czują się mniej bezpiecznie

Przede wszystkim należy podkreślić, że dzieci z rodzin niepełnych czują się w szkole mniej bezpiecznie niż te, które wychowują się w rodzinach pełnych. Uczniowie 10-letni z rodzin pełnych poczucie bezpieczeństwa w szkole ocenili (w skali 1-5, gdzie „1” oznaczało najbardziej negatywną ocenę, a „5” – najbardziej pozytywną) średnio na poziomie 3,30, podczas gdy dzieci z rodzin niepełnych na 3,18.

Niższe oceny, przy jednocześnie większej różnicy między ocenami dzieci pochodzących z obydwu omawianych typów rodzin odnotowano wśród 12-latków. Uczniowie z rodzin pełnych ocenili swoje poczucie bezpieczeństwa w szkole średnio na poziomie 3,07, a z rodzin niepełnych na 2,79.

Mniej przemocy w rodzinach pełnych

Niewątpliwie na takie zróżnicowanie wyników wpływ ma doświadczanie przez dzieci przemocy, która – jak się okazuje – wyraźnie częściej stosowana jest wobec małoletnich wychowywanych co najwyżej przez jedną osobę dorosłą.

Co drugi 10-latek z rodziny niepełnej był bity co najmniej jeden raz w okresie dwóch tygodni poprzedzających badanie, natomiast wśród dzieci z rodzin pełnych było to 40 proc.

Podobne dysproporcje zaobserwowano w kontekście przezywania dzieci. Tej formy przemocy doświadczyło 60 proc. dzieci 10-letnich z niepełnych rodzin oraz 50 proc. z rodzin pełnych. Rzadziej dzieci wskazywały na pomijanie ich wśród rówieśników, jednakże również w tym aspekcie uczniowie z rodzin pełnych czuli się pod tym względem bezpieczniej – 33 proc. spośród nich było pomijanych co najmniej raz w ciągu dwóch tygodni. Dla młodych osób z rodzin niepełnych wskaźnik ten ukształtował się na poziomie 42 proc.

Omawianych prawidłowości w obszarze bicia i przezywania nie zaobserwowano wśród 12-latków, natomiast w przypadku pomijania różnica już była dość wyraźna: 34 proc. dzieci z rodzin pełnych doświadczyło tej formy przemocy, podczas, gdy z rodzin niepełnych było to 40 proc. badanych dzieci.

Starsze bardziej krytyczne wobec rówieśników

Wspomniane doświadczenia związane z przemocą powodują zróżnicowane oceny satysfakcji z koleżanek i kolegów w klasie. Średni poziom zadowolenia z rówieśników w klasie wśród dzieci 10-letnich był na poziomie 8,24 (w skali 0-10, gdzie 0 oznacza całkowicie niezadowolony, 10 – całkowicie zadowolony), przy czym dla uczniów z rodzin pełnych wskaźnik ten wyniósł 8,3, a z rodzin niepełnych 7,91.

Dzieci 12-letnie ogółem były bardziej krytycznie nastawione do swoich koleżanek i kolegów z klasy (średni poziom w skali 0-10: 7,47). Różnica w ocenach dzieci z rodzin pełnych i niepełnych w tej grupie wieku była wyraźniejsza niż wśród 10-latków: dla dzieci z rodzin pełnych uzyskano średni poziom satysfakcji 7,64, podczas gdy dla tych z rodzin niepełnych było to tylko 6,6.

Uczniowie równo traktowani przez pedagogów

W badaniu poruszono także kwestie relacji z nauczycielami, jednakże nie zauważono istotnych różnic w ocenie tych stosunków między dziećmi z rodzin pełnych i niepełnych, co może świadczyć o sprawiedliwym traktowaniu przez nauczycieli swoich podopiecznych, czego nie możne powiedzieć o rówieśnikach.

Przedstawione wyżej wskaźniki można traktować jako uzasadnienie prawidłowości zaobserwowanych w różnicach postrzegania przez badane dzieci swojego życia jako ucznia. 10-latkowie z rodzin pełnych ocenili średnio (w skali 0-10) swoje szkolne życie na poziomie 7,96, co jest wynikiem o około 0,5 punktu wyższym niż dla osób wychowywanych w rodzinach niepełnych. Różnica ta jest wyraźniejsza wśród 12-latków: 7,41 dla dzieci mieszkających razem z mamą i tatą, wobec 6,41 dla tych, którzy mieszkają tylko z mamą lub tylko z tatą, lub z żadnym z biologicznych rodziców.

Jak w rodzinie tak i w szkole

Na podstawie uzyskanych i zaprezentowanych rezultatów można wyciągnąć wniosek, że sytuacja rodzinna uczniów przekłada się na ich relacje w szkole. Doświadczenia dzieci z rodzin niepełnych rzadziej są pozytywne niż ich rówieśników z rodzin pełnych. W badaniu nie poruszono kwestii postępów w nauce, więc w tym obszarze nie można wyciągnąć jednoznacznych wniosków. Warto jednak kontynuować tego typu badania w przyszłości, z uwzględnieniem również aspektu edukacyjnego.

Zrealizowane badanie jest częścią międzynarodowego projektu „Children’s Worlds”. W Polsce było ono dofinansowane ze środków Narodowego Centrum Nauki. Badanie przeprowadzono w latach 2017-2018, a próba była reprezentatywna ze względu na lokalizację szkoły oraz formę własności. Kwestionariusz ankietowy wypełniło 1192 dzieci 10-letnich (w tym 1020 z rodzin pełnych, co stanowiło 85,6 proc. ogółu) i 1156 12-letnich (963 z rodzin pełnych, 83,3 proc. ogółu).

Wszystkie artykuły tego autora dostępne są na portalu www.polskieforumrodzicow.pl.

dr Krzysztof Szwarc jest demografem, pracownikiem Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, członkiem Sekcji Demografii Historycznej Polskiego Komitetu Demograficznego PAN, członkiem Polskiego Towarzystwa Statystycznego, redaktorem statystycznym Zeszytów Naukowych Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, członkiem Rady Rodziny przy Ministerstwie Rodziny i Polityki Społecznej, a także Rady Rodziny przy Wojewodzie Wielkopolskim. Tata trojga dzieci.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay.com

 

 

Poniższy tekst jest informacją prasową przesłana nam przez zaprzyjaźnione serwisy. Żadna z naszych redaktorek nie jest autorką poniższego tesktu i nie odpowiadamy za zamieszczone treści. Jednakże dokładamy wszelkich starań, aby przedstawione informacje były zgodne z polityką oraz tematyką naszego serwisu.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Subscribe
Powiadom o
Informacje prasowe
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Mało? To może sprawdź kolejny tekst :)

Wychowawczy kurs na silny charakter, wiedzę i ideały


 

Rodzice od pierwszych chwil życia swojego dziecka odpowiedzialni są za kształtowanie jego charakteru i osobowości. Odpowiadając na pierwsze, najpierw fizjologiczne, potrzeby zaspakajają je i zapewniają poczucie bezpieczeństwa. Każde przystawienie do piersi przez matkę jest tego wyrazem – to jednocześnie nakarmienie dziecka, jaki i (a może przede wszystkim) zaspokojenie potrzeby bliskości i bezpieczeństwa oraz kształtowanie więzi i relacji z najważniejszymi osobami na świecie. To daje podstawę do ukształtowania trwałego fundamentu, który zapewni trwałe relacje na lata.

Więź i wychowanie

Pierwsze zabawy z niemowlakami to także doskonała okazja do wspierania rozwoju, wzmacniania więzi, ale i wychowania. Za każdym razem, kiedy maluszkowi podczas zabawy proponujemy, by najpierw odłożył klocki do pudła razem z nami, by było miejsce na rozłożenie kolejnej zabawki – wspieramy kształtowanie charakteru. To nie jest nic innego, jak stawianie dziecku wyzwań (chowamy klocki), by mogło dalej realizować inną, nową i równie przyjemną aktywność. To przekraczanie niekiedy pierwszych niechęci i złości malucha, to pierwsze stawianie wymagań na drodze do jego rozwoju. Pokonanie tych niechęci już jest elementem wychowania.

Kształtowanie charakteru

W kolejnych etapach rozwoju stawianie przed dziećmi nowych wyzwań i wymagań przyczynia się ostatecznie do kształtowania charakteru. Te stałe próby, jakich doświadcza młody człowiek są jak regularne ćwiczenia na siłowni, które rozwijają naszą masę mięśniową.

Rosnącemu organizmowi poddawanemu stałemu wysiłkowi fizycznemu zazwyczaj nie grożą skrzywienia i wady postawy. Kręgosłup młodego człowieka podtrzymywany jest przez stabilne i stale ćwiczone mięśnie. Stanowią one bezpieczny i trwały fundament, który zabezpiecza kruchy i narażony na uszkodzenia organ.

Tak dzieje się wtedy, gdy młody człowiek od wczesnych lat poddawany jest świadomie stawianym wymaganiom. Takie dziecko, które z niejednej przyjemności musiało w życiu zrezygnować, czekać na upragnione atrakcje i ponosić konsekwencje swoich czynów – nie raz przekroczyć musiało swoja strefę komfortu, co ostatecznie wzmocniło jego charakter. Dokładnie tak samo jak przy kolejnym powtórzeniu nużącego ćwiczenia, wzmacniającego mięśnie.

Jak pokonać własne ograniczenia

Nieocenioną pomocą w kształtowaniu charakteru jest udział w klubie sportowym czy harcerstwie, gdzie obowiązują określone zasady, a za uzgodniony nakład sił i starań przysługują wymierne profity – jak udział w zawodach czy otrzymanie kolejnej sprawności. Posiadają one jasno określony cel, do którego młody człowiek może zmierzać. Każde poranne wstawanie na trening czy przechodzenie długiej trasy z plecakiem mimo zmęczenia – umożliwiają pokonywanie własnych ograniczeń, czy wręcz lenistwa, a docelowo wzmacniają charakter. To drobny i stale powtarzany środek, który prowadzi do dalekiego celu, jakim jest młodzieniec i młoda kobieta, którzy potrafią przezwyciężać swoje ograniczenia.

Wiedza i argumenty zawsze w cenie

W procesie kształtowania młodego człowieka niezwykle ważne jest dostarczenie rzetelnej wiedzy o otaczającym go świecie. Możliwość logicznego argumentowania wymaga umiejętności myślenia, ale przede wszystkim stawia przed dzieckiem wymaganie posługiwania się posiadaną wiedzą. A zatem młody człowiek może przekonywać swojego rozmówcę do swojej racji, jednak musi posługiwać się dowodami opartymi na nauce. Umiejętność ta jest wręcz konieczna w momencie, kiedy młody człowiek musi asertywnie powiedzieć „nie” wobec składanych mu przez rówieśników propozycji sięgnięcia po używki czy podjęcia innych ryzykownych zachowań. Bez zdolności argumentowania lub w obliczu strachu przed oceną kolegów, bardzo trudno jest odmówić i narazić się na odrzucenie przez grupę.

Dowody na wysokie morale

Wtedy konieczny jest wspomniany wcześniej kręgosłup moralny. Wytrwale kształtowany podtrzymuje to, co najważniejsze zostało dziecku przekazane przez najbliższych, ten zestaw najważniejszych norm, reguł i zasad, które stanowią podstawę wychowania. Zostanie on nienaruszony, jeżeli młody człowiek będzie miał odwagę cywilną stanąć w obronie starszego, odmówić narkotyków, zająć kontrowersyjne stanowisko poparte argumentami, przezwyciężyć niesprzyjające okoliczności i zmobilizować się do działania w imię wyższej wartości. Ten charakter kształtowany był przez lata, wzmacniany stawianiem czoła przeciwnościom, a po latach stanowi oparcie i jest realnym dowodem na wysokie morale.

Orientacja na ideały

Wielu osobom posiadanie niezachwianych norm i reguł kojarzy się żołnierzami Armii Krajowej, czy harcerzami Szarych Szeregów, ponieważ wyznawane ideały uosabiali w codziennych konkretnych czynach, które były ich udziałem. Wielokrotnie stając w obliczu dylematów moralnych zawsze kierowali się honorem i dobrem najwyższym, a składanym obietnicom byli oddani do ostatnich chwil swojego życia. Będąc wierni zasadom moralnym kierowali się wielokrotnie honorem, który staje się cechą niemalże zapominaną wśród pokolenia dzisiejszej młodzieży A szkoda, bo przecież „Ideały są jak gwiazdy. Jeśli nawet nie możemy ich osiągać, to należy się według nich orientować” (George Bernard Shaw).

Wszystkie artykuły tego autora dostępne są na portalu www.polskieforumrodzicow.pl.

Agnieszka Isańska jest pedagogiem szkolnym, terapeutą pedagogicznym, nauczycielem przedszkola i klas 1-3 oraz oligofrenopedagogiem. Zajmuje się skutecznym wyrównywaniem deficytów i braków rozwojowych u dzieci. Jest mamą trzech córek.

 

Zdjęcie ilustracyjne/Pixabay.com

 

Poniższy tekst jest informacją prasową przesłana nam przez zaprzyjaźnione serwisy. Żadna z naszych redaktorek nie jest autorką poniższego tesktu i nie odpowiadamy za zamieszczone treści. Jednakże dokładamy wszelkich starań, aby przedstawione informacje były zgodne z polityką oraz tematyką naszego serwisu.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Subscribe
Powiadom o
Informacje prasowe
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

To co? Jeszcze jeden artykuł?

Historia o pomocnym mężu i trybie Anki


 

W ramach cotygodniowego, weekendowego relaksu domowego (poza rodzinnym) wraz z mężem włączyliśmy sobie kabaret. Taki nasz ulubiony. Są skecze, do których możemy wracać bez końca i zawsze będą nas śmieszyć. Jak ten, który jest idealnym obrazem dla mojego dzisiejszego artykułu. Nosi tytuł „Anka” (proszę wszystkie panie o tym imieniu, by nie odbierały osobiście tego, co będzie o rzeczonej Ance za chwilę – wiadomo imię akurat takie często spotykane).

Tryb Anki

Anka oprócz tego, że jest kobietą zapracowaną, to jeszcze bez przerwy o tym mówi, a właściwie narzeka: „Anka to, Anka tamto, Anka upiecze ciasto, Anka nie upiecze ciasta. Wszystko tylko Anka!” W czasie tego monologu mąż tytułowej bohaterki nic nie mówi. Właściwie boi się odezwać. Publiczność płacze ze śmiechu. Mój mąż również, ale patrząc na niego – widzę, że jest to śmiech wynikający z osobistego doświadczenia (czyt. on ma tak w domu).

Biję się w pierś i przyznaję – często jestem taką Anką. Zamiast zrobić coś w domu, przemilczeć nawet, że robię coś, co czeka od kilku dni na zlitowanie się reszty domowników, to ja, robiąc to włączam „tryb Anki”. Mówię do siebie, ale tak, żeby inni słyszeli. Oczywiście z wyrzutami.

Dostrzec męża

Tak. Przyznaję się. Bywam wredna. Czemu tak jest? Czy ja nie dostrzegam, ile w domu robi mój mąż? Czy nie widzę, że bez niego niektóre sprawy w domu po prostu nie byłyby załatwione? Że nie muszę, jak kabaretowa Anka, wszystkiego robić sama? A mąż nie jest tylko od tego, by przynosił pieniądze i wynosił śmieci?

Dostrzegam. Oczywiście, że dostrzegam, ale takie sytuacje z włączonym „trybem Anki” na chwilę mi to zakrywają. Wtedy, oczywiście, myślę, że nikt nie robi w tej rodzinie tyle, co ja.

Zazwyczaj uzmysławiam sobie, jak wiele rzeczy w naszym domu organizuje mąż, co należy do jego obowiązków i o czym de facto ja nawet myśleć nie muszę, gdy zwyczajnie wyjeżdża dokądś na dłużej.

Nie daj Boże, żeby w tym czasie wypadał przegląd auta, albo przyjazd ekipy do zamontowania na przykład bramy, albo jakiegoś innego bruku czy fotowoltaiki. To on jest w domu od takich spraw. Ubezpieczenia domu, samochodu, przeglądy aut, instalacji, komina, skarbówka, ZUS, 500+, zamówienie usług asenizacyjnych, porządki w garażu, koszenie trawy, kopanie grządek, malowanie…

Granice małżeńskiej wyobraźni

Mogłabym tak wymieniać dalej i na pewno jeszcze wiele rzeczy by się znalazło. A teraz wyobrażam sobie, że muszę to robić sama. I to nie tylko pod jego nieobecność, ale ZAWSZE. Dla mnie – niewyobrażalne. Pewnie, gdybym się znalazła w takiej sytuacji, to musiałabym dać radę. Ale w sytuacji, gdy mam męża i on za to wszystko odpowiada, to nie wyobrażam sobie, że poza licznymi obowiązkami domowymi, miałyby mi dojść jeszcze i takie.

Nie wyobrażam sobie też, żebyśmy dzielili się obowiązkami po równo. W tym roku mąż kopał grządki, to w przyszłym wypada na mnie. Albo ja dziś gotowałam obiad, to jutro mąż ma się wykazać. Dzielimy się obowiązkami tak, by każdy robił to, w czym czuje się pewnie i dobrze i do czego ma predyspozycje. Są rodziny, w których ojcowie gotują obiady, bo robią to lepiej i smaczniej, ale nie znam rodziny, w której żona kopie grządki na wiosnę a mąż w tym czasie wiesza pranie.

Zasada uzupełniania

Powszechne są natomiast sytuacje, w której żona na przykład jest w szpitalu (dajmy na to po porodzie) a mąż w tym czasie, mówiąc kolokwialnie, ogarnia dom i pozostałe dzieci. I to jest do zrobienia i dzieci przeżywają i są nawet zadbane i najedzone. To są te sytuacje, w których wyrozumiały, wspierający mąż mówi do swojej żony „Daj, ać ja pobruszę a ty poczywaj”. To jest normalne. Gdy jedno z nas niedomaga, jest zmęczone lub po prostu nie może się w danej chwili czymś zająć, z pomocą przychodzi współmałżonek. Uzupełniamy się, wspieramy, jak trzeba to i zastępujemy.

Kim byśmy byli, gdybyśmy nie potrafili pomagać sobie wzajemnie, wspierać się, uzupełniać i doceniać, dostrzegać zmęczenie i wyręczać się nawzajem. Również te obowiązki, które na co dzień wypełnia nasz mąż czy żona są przecież dla nas pomocą. Bo gdyby on/ona ich nie zrobili – musielibyśmy zrobić je my. To oni (żony/mężowie) robiąc to, zdejmują z naszej głowy te wszystkie sprawy tak, że my nie musimy o nich myśleć.

Jak dobrze, że sobie to wszystko przypomniałam. I wam też polecam. No i koniecznie obejrzyjcie „Ankę” – pomaga i daje do myślenia.

Wszystkie artykuły tego autora dostępne są na portalu www.polskieforumrodzicow.pl.

dr Paulina Michalska z wykształcenia jest kulturoznawcą i fizykiem medycznym. Pracuje z małżeństwami, które pragną mieć dzieci jako instruktor Creighton Model System – głównego narzędzia NaPROTechnology®. Jest mamą pięciorga dzieci i pasjonatką podróżowania.

Zdjęcie ilustracyjne: Pixabay.com

Artykuły dr Pauliny Michalskiej dostępne są na portalu PolskieForumRodzicow.pl

Poniższy tekst jest informacją prasową przesłana nam przez zaprzyjaźnione serwisy. Żadna z naszych redaktorek nie jest autorką poniższego tesktu i nie odpowiadamy za zamieszczone treści. Jednakże dokładamy wszelkich starań, aby przedstawione informacje były zgodne z polityką oraz tematyką naszego serwisu.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Subscribe
Powiadom o
Informacje prasowe
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments

Sprawdź nasz kolejny artykuł

Feluś i Gucio grają w literki – gra edukacyjna wspierająca naukę czytania


Czy Felusia i Gucia trzeba komuś przedstawiać? Przypuszczam, że nie, a przynajmniej nie dzieciakom w wieku mniej więcej trzy do sześciu lat i ich rodzicom.  Są to bowiem znani i bardzo lubiani bohaterowie edukacyjnych książeczek, a od niedawna również gier dla maluchów. Feluś to prawdopodobnie jeden z najpopularniejszych przedszkolaków w tym kraju, zaś Gucio to jego wierny pluszowy przyjaciel.

Do tej pory Ci dwaj kamraci zabierali nas do swojego przedszkola, gdzie spędzając czas z rówieśnikami, uczyli się (a młodzi czytelnicy razem z nimi) – dobrych manier, poznawali różne emocje oraz zawody. Później (rzec by można – wraz z wiekiem i rozwojem) przyszedł czas na nowy element edukacyjny, czyli gry wspierające naukę czytania. Za pierwszym razem Feluś i Gucio zaprosili dzieciaki do zabawy w sylaby, czyli układanie słów z dwóch lub trzech sylab.

Tym razem natomiast bohaterowie poszli o krok dalej i proponują przedszkolakom tworzenie słów z poszczególnych liter.  Zabawa jest o tyle ciekawa, że stanowi krzyżówkę. Dzieciaki muszą więc odgadywać hasła przedstawione na kartonowych kafelkach i zapisywać je z pomocą tekturowych płytek z literami na specjalnej planszy.

Gra ma dwa warianty – łatwiejszy i trudniejszy. Celem pierwszego jest utrwalenie znajomości liter oraz nauka zapisu poszczególnych wyrazów. Zadanie jest o tyle proste, że wybierając kartonik z rysunkiem (hasłem), rodzic wykłada przed dzieckiem wszystkie litery potrzebne do ułożenia hasła. Dziecko ma jedynie ustawić je w odpowiedniej kolejności. W trakcie zabawy i robienia postępów można oczywiście zwiększać poziom trudności i dokładać dziecku kilka liter, tak by musiało wybrać tylko te, które są potrzebne do napisania danego słowa.

W drugim wariancie wybieramy jedną z czternastu  przedstawionych w instrukcji krzyżówek. Układamy na planszy płytki z obrazkami zgodnie ze schematem, a literki wrzucamy do woreczka dołączonego do zestawu. Następnie dzieci losują po sześć kartoników z literkami, układają je przed sobą, po czym próbują ułożyć hasła – ta część zabawy przypomina popularne scrabble. Z tym że tutaj nie wymyślamy słów, a odgadujemy hasła i zapisujemy je w krzyżówce.

Zabawa przy tym jest świetna! Moje dzieciaki uwielbiają tę grę. Pola, która nie skończyła jeszcze sześciu lat (a taki jest sugerowany wiek przez autorów) radzi sobie bardzo dobrze z odczytywaniem liter i zapisywaniem wyrazów.  Oczywiście zdarzają jej się pomyłki, czasem nie wie, jak nazwać daną literkę i zdecydowanie największy problem ma z głoskami: sz, cz, rz, ch. Ale ogólnie jestem pod wrażeniem, jak idzie jej tworzenie słów i jakie robi postępy! A ponieważ świetnie się przy tym bawi i strasznie raduje, gdy uda jej się poprawnie zapisać hasło, ta nauka jest naprawdę przyjemna i bezbolesna.

Na dowód tego zdradzę Wam, że niemalże za każdym razem, gdy mówię, że kończymy już grę, słyszę z jej ust jęk zawodu i pytania, czy później (lub jutro) znowu zagramy? To chyba najlepsza rekomendacja ?

Cieszę się ogromnie, że do owej zabawy chętnie włącza się również mój młodszy syn, który ma zaledwie trzy lata (trzy i pół dokładnie ?). Bacznie przypatruje się i przysłuchuje temu, jak nazywamy z Polą poszczególne litery, dzięki czemu siłą rzeczy poznaje je i utrwala. Garnie się też do samodzielnego układania wyrazów, ale to wiadomo – jeszcze jest dla niego ciut za trudne. 

Dodatkowym atutem tej zabawy jest to, że sami możemy wymyślać i tworzyć własne hasła, chociażby imiona domowników – zawsze to jakieś urozmaicenie, które sprawia, że nie można szybko się nią znudzić. Poza tym gra jest bardzo ładnie wydana, opakowanie, płytki oraz plansza z krzyżówką są solidnie wykonane – z grubej tektury. Obrazki zdobiące płytki z hasłami są nie tylko ładne, ale też charakterystyczne dla całej tej serii, bo ich autorką jest niezmiennie Marianna Schoett.

Feluś i Gucio dumnie dołączyli do naszej małej kolekcji tej serii, sprawiając,  że polubiliśmy ich jeszcze bardziej! Mocno liczymy więc na pojawienie się kolejnych książek lub gier z tymi uroczymi bohaterami.

Grę „Feluś i Gucio grają w literki” szczerze polecam wszystkim dzieciakom w wieku przedszkolnym, zarówno tym, które znają już literki i zaczynają naukę czytania oraz pisania, jak i tym, które dopiero zaczną ten element edukacji. Myślę, że Stasiu jest doskonałym przykładem na to, że do owej zabawy można włączyć młodsze dzieci, niż sugeruje wiek podany na opakowaniu.  

 

Dziękuję wydawnictwu Nasza Księgarnia za przekazanie recenzenckiego egzemplarza gry.

Nasze recenzje Zobacz wszystkie »

Subscribe
Powiadom o
Fizinka
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
top-facebook top-instagram top-search top-menu go-to-top-arrow search-close